Muza Variete - Jarkowe miejsce na ziemi

Katarzyna Chybowska
Jarosław Barów to prawdziwa koszalińska wizytówka. Muzyk, kompozytor, aranżer, a od kilku lat również biznesmen prowadzący ramię w ramię z Jarosławem Loosem Teatr Muza Variete
Jarosław Barów to prawdziwa koszalińska wizytówka. Muzyk, kompozytor, aranżer, a od kilku lat również biznesmen prowadzący ramię w ramię z Jarosławem Loosem Teatr Muza Variete Radek Koleśnik
Jarosław Barów to prawdziwa koszalińska wizytówka. Muzyk, kompozytor, aranżer, a od kilku lat również biznesmen prowadzący ramię w ramię z Jarosławem Loosem Teatr Muza Variete.

Pana Jarosława do muzyki ciągnęło od zawsze. Ale tak naprawdę zaczął jej się uczyć stosunkowo późno. - Jako dziecko ciągle grałem na organkach i stroiłem szklanki, wlewając do nich różną ilość wody - wspomina Jarosław Barów, dziś współwłaściciel Teatru Muza Variete. - W końcu mój tata kupił akordeon, ale ja jakoś nie chciałem iść do szkoły muzycznej, bo tam trzeba było grać tego Bacha i Mozarta. Ognisko muzyczne wydawało mi się o wiele bardziej przystępne, kosztowało jednak 220 złotych. Wtedy to była niemała kwota i powiem, że zrobiło mi się moich rodziców szkoda. A akurat pan Mleczko rekrutował do szkoły muzycznej i był też w mojej podstawówce. Pomyślałem, że spróbuję.Tak zaczęła się edukacja muzyczna pana Jarosława. Zaczynał od gry na akordeonie, w szkole średniej grał na trąbce, a skończył ją w klasie wokalu, ale cały czas z pianinem w tle. Studia zaś ukończył jako dyrygent chórów.

- Dla ludzi takich jak ja, nazwijmy to „rozrywkowców”, były wtedy dwa wyjścia: albo czwarty wydział, czyli nauczyciel muzyki, albo wydział jazzowy w Katowicach. Jak nietrudno się domyśleć, dostać się tam było piekielnie trudno. Poza tym w Koszalinie miałem już dziewczynę i nie bardzo chciałem wyjeżdżać na Śląsk - wspomina nasz rozmówca.

Na statku

Już jako niespełna 18-letni młodzieniec pan Jarosław był członkiem różnego rodzaju zespołów i orkiestr, które w końcu przekształciły się w Jarosław Barów Band. - Cały czas się uczyliśmy, graliśmy w luksusowych hotelach w Warszawie. Ale mieliśmy niedosyt, porównywaliśmy się do najlepszych wtedy orkiestr w Polsce - Maliszewskiego czy Górnego. Ja cały czas szukałem dla nas pracy, w różnych miejscach. Byliśmy grupą składającą się po części z muzyków koszalińskich, po części ze słupskich, ze Szczecina, a nawet z Kielc. Zresztą z perkusistą z Kielc współpracuję do dziś, tylko teraz mieszka w Radomiu - opowiada lider. I właśnie wtedy, na progu kariery Jarosława Barowa i jego grupy, nadarzyła się im niesamowita okazja. - Dostaliśmy propozycję półrocznego kontraktu na statku pasażerskim. To była dla nas niesamowita nobilitacja. Orkiestry grające na statkach muszą doskonale poruszać się we wszystkich gatunkach muzycznych - wyjaśnia nam pan Jarosław.

- To, czego nauczyłbym się w Katowicach, nauczyłem się podczas przyspieszonego kursu na statku.

Od Alaski po Rio

Dziś nasz rozmówca śmieje się, że zamiast od Nowego Jorku, swoją przygodę ze Stanami Zjednoczonymi zaczął od Vancouver . - Pamiętam to doskonale, ponieważ przez 9-godzinną różnicę czasu nie mogliśmy spać. Alaska do dziś kojarzy nam się z lodowcami, niedźwiedziami i... nieustającymi próbami i czytaniem nut. Wszyscy byliśmy po szkołach muzycznych, ale sami wiedzieliśmy, że na to, czego od nas oczekiwano, nie byliśmy przygotowani - opowiada Jarosław Barów. W przeciągu 52. dni, kiedy statek opływał Amerykę Południową , Jarosław Barów Band, z 25-letnim wówczas liderem, zagrał 44 różne show. - Tak naprawdę tylko jedliśmy, albo mieliśmy próby, albo czytaliśmy nuty, albo graliśmy. Rozrywką był spacer po górnym pokładzie - śmieje się muzyk. - Graliśmy z muzykami z Las Vegas i z Broadway’u. Mieliśmy po jednej próbie, jak były dwie, to już było niedobrze. Artyści denerwowali się, że nam coś nie wychodzi. A jak byli zadowoleni, to po koncercie zapraszali do baru. Po pewnym czasie za każdym razem mieliśmy zaproszenia.

Inny świat, inne podejście

Czas spędzony w Stanach Zjednoczonych oraz na statku to była nie tylko doskonała szkoła muzyczna, ale przy tym i szkoła życia. - Naprawdę sporo podczas tego tournee się nauczyłem. Można mieć lekką, przyjacielską atmosferę w pracy, ale jednocześnie wykonywać swoją pracę i mówić bez ogródek o problemach. Dotąd brakuje mi takiego podejścia w Polsce. W Stanach, jeśli coś komuś wyjdzie i to wyjdzie dobrze, od razu pojawiają się propozycje współpracy, przedłużenia kontraktów - dopowiada koszalinianin. - Pamiętam jedną z takich sytuacji, choć było ich sporo. Przyjechali soliści z Waszyngtonu, naprawdę wielkie gwiazdy. Poprosili mnie, żebym zrobił z nimi tak zwany wcześniejszy show. Próbowałem się wykręcić, bo była solowa pianistka na statku, ale oni chcieli kogoś z orkiestry. Dostałem taką grubą książkę z nutami. I kiedy ja miałem to przejrzeć, przygotować się? Pierwsza próba - oni niezadowoleni, druga, trzecia, czwarta też źle. W końcu jednak sam koncert wyszedł fantastycznie. Na koniec, ponieważ strasznie bujało statkiem, odjechał mi na metr fortepian i to akurat wtedy kiedy podniosłem ręce nad głowę, żeby zakończyć. Solistka tak się zaczęła śmiać, że nie mogła się przez dobre 5 minut uspokoić, zresztą publiczność też. Po koncercie od razu usłyszałem: a może byś do nas przyjechał, razem byśmy pograli. W Polsce to się zdarza, niestety, rzadko.

Koń Polski

Jarosław Barów jest też znany ze swojej długoletniej działalności w kabarecie Koń Polski. Od 21. lat przygotowuje też oprawę muzyczną koszalińskiego kabaretonu. - Leszek Malinowski zaczepiał mnie jeszcze, gdy byłem na studiach. Robiłem coś dla nich od czasu do czasu, ale wtedy dla mnie jako muzyka występowanie z kabaretem nie było pociągające. Spodobało mi się to dopiero wtedy, kiedy wybrałem się z nimi w trasę, a wówczas jeszcze w Koszalinie to tak nie do końca byli lubiani, ale mieli swoje fankluby na Śląsku. Zaczęliśmy potem jeździć po festiwalach, aż stwierdziliśmy, że może by warto zrobić swój - wspomina pan Jarosław. - Pierwszy był ryzykowny, na drugim baliśmy się, że nikt nie przyjdzie, bo był w czasie wielkiej powodzi. Dziś trudno kupić bilety na kilka dni przed kabaretonem.

Czas na muzę

Nie sposób wymienić wszystkich projektów, w jakich brał udział Jarosław Barów. Pisał muzykę i aranżacje do filmów i seriali, przygotowywał rewie. Współpracuje od lat z Bałtyckim Teatrem Dramatyczny w Koszalinie i - oczywiście - prowadzi swój teatr. - Przygotowywałem z BTD spektakl. Ponieważ to był czas, kiedy budynek teatru był w remoncie, przenieśliśmy się na Morską. Tam była absolutna ruina: grzyb i brud. Co się dało zasłonili, resztę odmalowali - było pięknie. Siedziałem na scenie i od pierwszego wejrzenia zakochałem się w tej sali. Miała w sobie to coś - opowiada pan Jarosław. Miłość ta nie dawała mu spokoju, więc poszedł do ratusza, by dowiedzieć się, jakie są plany miasta co do Muzy. Prezydentem Koszalina był wówczas Mirosław Mikietyński.

- Powiedział mi, że jest biznesmen, który też się tym budynkiem interesuje. Jarka Loosa znałem, bo już wtedy przygotowywałem dla niego jakieś mniejsze rzeczy do Domku Kata. Rozmowa między nami była krótka: Cześć Jarek, nie chciałbyś mieć teatru? Po długiej chwili ciszy usłyszałem tylko: tak. I tak się zaczęło.To bez wątpienia Barów jest mistrzem na scenie, a Loos - w interesie. Choć jak twierdzą, prowadzenia teatru nadal się uczą, mimo że jego właścicielami są już od 2009 r.

- To miejsce ma swój klimat, nie ma akademii - śmieje się nasz rozmówca. - Cały czas się rozwijamy, czego dowodem są występy kolejnych gwiazd, jak choćby Justyny Steczkowskiej w czasie balu prezydenckiego, która zagrała z naszym oświetleniem i nagłośnieniem.Teatr Muza Variete jest też sposobem na przeniesienie tej atmosfery, jaką pan Jarosław pamięta ze Stanów Zjednoczonych i podróży na statku. - Stąd Herbatki u Jarka, które są takim show amerykańskim. Widzimy znanych ludzi w zupełnie dla nich innym środowisku. Śpiewają, opowiadają o sobie. W założeniu to miało być kameralne i liczyłem na, może 30 osób, nie przyszło nigdy mniej niż 100 a było i 200 - dodaje artysta.Jarosław Barów nie zwalania tempa, właśnie skończył przygotowywać aranżacje 11. utworów dla Justyny Steczkowskiej, a kolejne pomysły czekają...

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie