reklama

Blackout: Hong Kong. Gra planszowa dla tych, którzy lubią myśleć [RECENZJA]

Marcin Śpiewakowski
Marcin Śpiewakowski
„Blackout: Hong Kong” to najnowsze dzieło Alexandra Pfistera, twórcy m.in. „Great Western Trail”, uchodzącego – bardzo słusznie zresztą – za jednego z najciekawszych autorów gier planszowych na świecie. I trzeba przyznać, że gra nie rozczarowuje i jest prawdziwą gratką dla tych, którzy kochają kombinować i lubią wyzwania.

Jeśli nie graliście nigdy w „Mombasę” albo „Great Western Trail”, najpierw szybkie wprowadzenie, czego możecie się spodziewać po „Blackoucie”, który łączy to, co w obu tych grach najciekawsze. To gra, w której w każdej turze będziecie musieli podjąć wiele trudnych decyzji, przeklinając jednocześnie w myślach zły wybór sprzed 20 minut, który właśnie pokrzyżował Wam plany. W grach Pfistera dróg do zwycięstwa jest dużo, a często będziecie musieli łączyć ze sobą kilka z nich. Sytuacji nie ułatwia zbliżający się błyskawicznie koniec rozgrywki – zawsze okaże się bowiem, że zabrakło czasu na zrealizowanie wszystkich planów, a ostatnie rundy to desperacja próba urwania tylu punktów, ile tylko się da.

Pełną recenzję "Great Western Trail" znajdziecie tutaj: Great Western Trail, czyli gra planszowa, do której będziecie wracać już zawsze [RECENZJA]

Tradycyjnie w grach Pfistera temat gry jest raczej tylko zasygnalizowany i można go albo zignorować kompletnie, albo dopowiedzieć sobie samemu szczegóły historii, bo autor nie jest zwolennikiem budowania klimatycznej opowieści, wychodząc zapewne z założenia, że podczas gry nie będzie czasu na analizowanie takich szczegółów. Nie inaczej jest w „Blackoucie”. Motywem przewodnim gry jest Hong Kong, który po gigantycznej awarii pogrążył się w ciemnościach i chaosie, a naszym zadaniem jest spróbować w tej rzeczywistości przeżyć i przy okazji pomóc innymi – i to właściwie jedyne informacje, jakie otrzymujemy. Wizualnie gra jest dość ciemna, co oczywiście współgra z tematyką miasta bez dostępu do elektryczności, a dzięki temu wyjątkowa i intrygująca – całość utrzymana jest głównie w czerni, z drobnymi akcentami pomarańczy i bieli.

Zarządzanie kryzysem na planszy

Zarys rozgrywki jest następujący: najpierw rzucamy specjalnymi kośćmi, by ustalić, jakie surowce będą dostępne w najbliższej rundzie. I tu od razu nowość, bo element losowości jest w nowoczesnych grach planszowych coraz rzadszy – choć oczywiście Pfister zadbał o to, by nieszczęśliwy traf móc zrekompensować umiejętnościami. Tym samym w grze nie chodzi tyle o szczęście, ile o umiejętność kreatywnego radzenia sobie z pechem. Następnie próbujemy zdobyć tyle surowców, ile to możliwe, i mądrze je zainwestować. I tu zaczynają się schody, bo opcji jest oczywiście mnóstwo – możemy rekrutować ochotników, którzy pomogą nam w kolejnych rundach, realizować zadania, by mieć dostęp do bardziej doraźnych korzyści, próbować „wyzwolić” od chaosu kolejne dzielnice, co przełoży się w końcowym rozrachunku na punkty, wreszcie zaryzykować i wysłać kilku ochotników na zwiad w niezbadane jeszcze dzielnice, by spróbować zdobyć tam niezbędne do przeżycia surowce – licząc się z tym, że nie wszyscy mogą z tego zwiadu wrócić i niekoniecznie znajdziemy to, co akurat było nam potrzebne.

Blackout: Hong Kong. Gra planszowa dla tych, którzy lubią my...

Trzeba to od razu powiedzieć, że gra wymaga dużego skupienia, a główną przeszkodą na drodze do zwycięstwa nie są inni gracze, ale wy sami. Każdą kartę trzeba zagrać z rozmysłem, planując od razu kolejne rundy, surowce bardzo łatwo się kończą i niejednokrotnie znajdziecie się w sytuacji, w której przez moment nieuwagi zniszczycie sobie misternie budowany od dwóch rund plan. Może się też okazać, że w kolejnej rundzie nie dopisze wam szczęście, a wy nie będziecie mieli wystarczających środków, żeby ten pech zrekompensować – wtedy cały plan może wymagać gruntownej przebudowy. I choć są to momenty bardzo frustrujące, to właśnie w nich tkwi największa siła „Blackoutu” – zgodnie z tematyką, to gra, w której musicie błyskawicznie reagować w kryzysowej sytuacji i starać się wykorzystać bardzo ograniczone surowce w jak najbardziej efektywny sposób.

Główny przeciwnik? Twoje błędy

„Blackout. Hong Kong” to gra dla ludzi, którzy kochają kombinować, doceniają wyzwania i lubią nad grą trochę „pocierpieć”. Po dwóch partiach odejdziecie od stołu z obolałą głową, ale też z poczuciem naprawdę intensywnie spędzonego czasu – ostatnie dwie rundy każdy gra jak na szpilkach, a napięcie wokół stołu można kroić nożem.

Wypada dodać, że minimalna interakcja między graczami, dość typowa dla Pfistera, w „Blackoucie” graniczy już niemal z graniem solo w kilka osób. Oczywiście z tą różnicą, że w przerwach między ruchami możecie z rozbawieniem obserwować, jak przeciwnicy przeklinają własne błędy i w emocjach przysięgają, że nigdy więcej już nie siądą do „Blackoutu” (co jest oczywistą nieprawdą i wszyscy o tym wiedzą). W „Blackoucie” praktycznie żadnej możliwości zaszkodzenia przeciwnikowi, może poza podkupieniem mu karty, na którą poluje (o ile w ogóle domyślimy się, jakie karty okażą się potrzebne w jego strategii). Prawda jest zresztą taka, że będziecie mieli na tyle dużo roboty z własną strategią, żeby jeszcze martwić się innymi graczami. Nic więc dziwnego, że gra przewiduje też wariant, w którym można zagrać samemu i spróbować osiągnąć maksymalnie wysoki wynik.

Taki system rozgrywki to dobra wiadomość dla tych, którzy nie lubią ostrej rywalizacji i odchodzą z krzykiem od stołu, kiedy po raz kolejny ktoś zablokuje im w „Carcassonne” możliwość ukończenia zamku, przy pomocy którego zamierzali wygrać partię. Z drugiej strony, dla graczy kochających walkę na noże może to być bardzo ciekawa okazja, by zobaczyć, jak wiele emocji potrafi budzić gra o zupełnie przeciwnej mechanice.

Trudny start?

Pierwsza partia to raczej próba oswojenia się z zasadami gry i właściwie zawsze kończy się konkluzją, że nie taki diabeł straszny. Wynika to z głównej – i właściwie jedynej poważnej – wady gry, jaką jest niezbyt czytelna i nieco przytłaczająca instrukcja. O ile rozgrywka to solidny wysiłek umysłowy, o tyle zrozumienie instrukcji po raz pierwszy wydaje się wyzwaniem nie do przeskoczenia, które wymaga naprawdę dużo czasu i bardzo wiele uwagi. Nie dajcie się jednak zniechęcić, bo – i to znów nic zaskakującego dla tych, którzy Pfistera znają – po pokonaniu zawiłości instrukcji okazuje się, że rozgrywka jest bardzo prosta, szalenie intuicyjna, a ze względu na bardzo czytelne plansze rozdawane każdemu graczowi na początku partii, niewymagająca zapamiętywania właściwie żadnych informacji z instrukcji.

Koniec końców, „Blackout” nie rozczarowuje. Gra jest trudna i łatwa jednocześnie i daje duże pole do doskonalenia umiejętności, a element losowości wprowadza dodatkowe wyzwanie i wyrównuje szanse między graczami.

Liczba graczy: od 1 do 4
Czas rozgrywki: 75-150 minut

Ocena: 8/10

MuzoTok: Zuza Jabłońska

Wideo

Materiał oryginalny: Blackout: Hong Kong. Gra planszowa dla tych, którzy lubią myśleć [RECENZJA] - Warszawa Nasze Miasto

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3