O swojej słabości do Kaczora Donalda i o tym dlaczego po latach wybrzydzania odzyskał wiarę w przyszłość polskiego kina - mówi Ryszardzie Wojciechowskiej juror tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Zbigniew Hołdys

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
- Nie ma skandalu po festiwalu. Wygląda na to, że wydaliście salomonowy werdykt.

- Tak pani myśli? Bo moim zdaniem, to nie był salomonowy werdykt. Tylko werdykt przyjęty z bólem serca, że nie można było przyznać więcej nagród. Ani przez sekundę nie braliśmy pod uwagę reakcji środowiska artystycznego czy mediów. To nas w ogóle nie interesowało. Mogli sobie wszyscy na nas wieszać psy.

- Jakie jest pana zdaniem polskie kino?

- Ze mną jest problem. Bo ja nie reprezentuję żadnej szkoły filmowej ani nie jestem zwolennikiem jakiegoś specjalnego kina akcji czy moralnego niepokoju. Ja oglądam wszystko. Tak jak w muzyce słucham wszystkiego. I znajduję genialne rzeczy zarówno w muzyce Lutosławskiego jak Keitha Richardsa z Rolling Stones.

- To co dla pana było ważne przy oglądaniu tych konkursowych filmów?

Dla mnie ważne jest to, że obejrzeliśmy 24 filmy i to tak różnorodne w gatunkach. Z jednej strony mieliśmy film obyczajowy z elementami komedii, z drugiej ponure kino w rodzaju "Dom zły". A na jeszcze innym biegunie był film "Las", który jest dziełem nadającym się już do galerii albo do wyświetlania bardziej w centrach sztuki, niż w kinach. Choć życzę mu naprawdę kinowej drogi. I to jak najdłuższej. Mieliśmy więc pełną paletę filmową w gatunkach i w aktorstwie. Grali zarówno ci najstarsi, z nieżyjącym już Janem Machulskim (ostatnia rola w "Ostatniej akcji" - dop. aut.) i fenomenalnie uzdolnione dzieciaki, jak ci nastoletni Czeczeńcy w "Handlarzu cudów" czy chłopiec - ofiara pedofili w "Świnkach" Roberta Glińskiego. To była niezwykła kreacja.

- Warta nagrody za debiut aktorski. Bo Filip Garbacz czyli tytułowa "Świnka", został w Gdyni nagrodzony. Ale czy coś pana zastanowiło przy okazji tego festiwalu?

- Tak, kilka filmów kręciło się wokół tematyki stanu wojennego. Można by się zastanowić - dlaczego nagle teraz, w jednym czasie, tak wielu reżyserów rzuca się na temat. Ale za to była cała masa spojrzeń na tamte lata - od spojrzenia szesnastoletnich chłopców, grających na gitarach we "Wszystko co kocham" Borcucha, po antybohatera w filmie "Mniejsze zło" Morgensterna. Jestem uczniem szkoły, w której się nagradzało w skali od dwójki do piątki. I powiem pani, że najniższa ocena, którą był tym wszystkim filmom na festiwalu w Gdyni postawił to jakieś cztery z minusem.

- Nie wszyscy jednak tak entuzjastycznie podchodzą do polskiego kina.

- My wszyscy w festiwalowym jury byliśmy ludźmi wielkiej pasji. Wyłuskiwaliśmy perełki. Płakaliśmy nad tym, że nie można nagradzać na przykład epizodów. Było kilkanaście fenomenalnych zagrywek na ekranie, trwających czasami tylko sekundy. Uważaliśmy, że tak wiele dobrych i pięknych rzeczy na ekranie się dzieje. Ale wszedłem do internetu i ze zgrozą przeczytałem, że jest jakaś wojna na gale. Że starzy nie chcieli gali z młodymi. Że stare kino nie chce oddać pola walki. A przecież nie o to chodziło. Bo gdyby jeszcze włączyć do głównej gali kino młode i niezależne, to ona trwałaby co najmniej trzy godziny.

- Ot takie polskie piekiełko.

- Syfilis i malaria. Informuję więc, że aby pisać o kinie, nie wolno być mądralą. Trzeba kino uwielbiać. Klękać przed nim i całować je po stopach. Owszem, mówić, że stopy są brudne. Ale najpierw trzeba zacząć od wielbienia. Jak się wielbi kino, to się podziwia wszystkich aktorów. Bo oni robią fantastyczne rzeczy. Aktorowi może trafić się zła rola. Ale wtedy nie można go wdeptywać stwierdzeniem, że był beznadziejny.

- Ale w tym fachu z natury jest się ocenianym.

- Kiedy słyszę jednego z krytyków, to myślę, że on jest największym wrogiem tego kina. Większym chyba od cenzorów z czasów PRL. Bo oni przynajmniej w milczeniu dokonywali sankcji, mówiąc czasami, że film jest dobry, tylko nie mogą go puścić. A ten krytyk niszczy filmy bezlitośnie. Nie on jeden zresztą. Kiedyś pewna gazeta obdarowała Władka Pasikow-skiego tytułem: "Zszedł na psy". Jak tak można? To znaczy co? Zabić go? Będzie lepiej, jak już nie nakręci żadnego filmu? Jeżeli ktoś nie potrafi kochać kina, to będzie dla niego tylko gangreną, pisując recenzje. To moja najbardziej bolesna konkluzja. Spotkałem tu ludzi filmu i widzę z jaką determinacją pracują. Widzę, że oni chcą jak najlepiej. Który aktor pragnie zagrać do dupy? Który reżyser chce zrobić film, który miałby ponieść sromotną porażkę?

- Ale jest nowa fala w polskim kinie. To widać na tym festiwalu.


- I ona wymusiła na tych starych repach lepsze scenariusze, lepszy montaż. "Wojna polsko-ruska" została sfilmowana na światowym poziomie, w sposób niezwykle nowatorski. Scenariusz "Rewersu" jest arcymistrzowski w swojej precyzji. Porywający scenariusz "Domu złego" jest unikatowy, jakby go wyjęto z obrazu Bruegla.

- A takie jedno olśnienie z tego festiwalu, które na lata zostanie w pamięci?

- Jednego nie będzie. Na pewno w pamięć zapadnie mi rola Borysa Szyca w "Wojnie polsko-ruskiej". Nie widziałem podobnej do tej pory w naszym kinie. Porównałbym ją z arcymistrzowskimi rolami Ala Pacino. Będę się cieszył, jeśli Borys Lankosz reżyser "Rewersu" potwierdzi swój debiut następnym filmem. Tak jak swoje "Pulp Fiction" potwierdził Quentin Taran-tino. Dla Lankosza mam dobrą i złą nowinę. Złą bo drugi jest najtrudniejszy. Pierwszy daje nam wiatr w skrzydła. Robimy go trochę bezkompromisowo. W drugim zaczynają nam patrzeć na ręce.

- A jeszcze jak w tych rękach są Złote Lwy...

- No właśnie. A my sami też chcemy podskoczyć wyżej i zaczynamy wymuszać na sobie jakieś inne rozwiązania. Polot może wtedy ustąpić miejsca wyścigowi i lękowi czy się podoła. A dobra nowina jest taka, że jeśli on przebrnie przez drugi film, jak muzycy przez drugą płytę, to będziemy wiedzieli, że mamy do czynienia z prawdziwą perłą kina.

- Chcę zapytać o pana filmowe fascynacje, te z czasów dzieciństwa, potem w młodości. O filmy, na których pan się wychował.

- Ja jestem stary dziad, więc wychowałem się na myszce Mickey i na kaczorze Donaldzie, który moim zdaniem powinien dostać nagrodę za pierwszoplanową rolę męską w całej historii światowego kina. Wychowywałem się też na "Zorro", "Matadorze" czy "Człowieku w żelaznej masce". A potem był już olbrzymi skok w górę i "Mechaniczna pomarańcza", "Powiększenie" a przede wszystkim Francis Ford Coppola. Wtedy poprzeczka wisiała cholernie wysoko. To było kino artystyczne. Jeszcze nikt wówczas nie oczekiwał od filmu tak horrendalnych zysków jak teraz. To nie były inwestycje o charakterze bankowo-giełdowym.

- Z tamtego czasu mamy wyjątkowych aktorów.

Tak, Jacka Nicholsona, Marlona Brando, Roberta de Niro, Ala Pacino, potem Meryl Streep. Oni są hegemonami kina. Ale to oni przez lata wymuszali na mnie brak tolerancji. To przez nich omijałem przez wiele lat polskie kino. Wielokrotnie było tak, że włączyłem telewizor i po kilku minutach, widząc fatalny montaż, nieostry obraz czy jakieś sztuczne dialogi, rezygnowałem z oglądania.

- A dzisiaj?

- Dzisiaj to muszę pani powiedzieć, że te filmy amerykańskie, kasowe muszą się też postarać, żeby dorównać niektórym naszym filmom.

- Śmiała teza, coś blisko herezji.

- Ależ tak. Lepsi są wtedy, jeśli weźmiemy pod uwagę rozmach i możliwości technologiczne. W naszych filmach jest jeszcze widoczny udział komputerów, a w amerykańskich już nie. Gdyby "Magiczne drzewo" Andrzeja Maleszki było zrobione przez wytwórnię Pixar, to "zajechałoby" kulę ziemską popularnością. Bo pomysł na film jest fantastyczny. Ale widać, że na przeszkodzie stoi budżet. Bo takie efekty kosztują, co najmniej, kilka milionów dolarów. Amerykanie mają technologię. Oni z pięćdziesięciu ludzi zrobią stutysięczną armię na komputerach.

- Coś jeszcze widać z naszej perspektywy?

- Widać też to, że polskie kino ma swoją specyfikę. Sięga po tematy, których Amerykanie nie podejmują, bo są dawno po tym fakcie. My nadal przerabiamy przemiany psychologiczne bohaterów z dobrych na złych, czy narkomanię. Lekarza narkomana z filmu "Hel" pokazywanego na tym festiwalu, Amerykanie już ćwiczyli przed laty.

- No ale wszystko już było. I tak by można w nieskończoność.

- No dobrze, ale nie ma filmu o świecie polityki, biznesu czy sportu. Nie mamy swojego "Forresta Gumpa", "Tootsie" czy "Wall Street". Na tym to polega, że kino amerykańskie ma ogromnie szeroką paletę tematów.

- Ale to też dużo większa i bogatsza kinematografia.

- No tak, ale tam pomysł jest kluczową sprawą w filmie. Żeby napisać dobry scenariusz, trzeba mieć zdolności do fantazjowania. A u nas albo narkotyki, albo stan wojenny. Ale to już pani mnie do takiej refleksji przymusiła. I nie chciałbym, żeby w tym wywiadzie dominowało moje kwękanie. Bo generalnie nasze kino jest na bardzo dobrej drodze. Uważam, że w następnych latach przeżyjemy wstrząs.

- Jaki?

- Że Polacy wrócą do swojego kina.

- Na światowe festiwale też wrócimy?

- Tego nie wiem. Ja bym zaryzykował wysłanie naszych niektórych filmów na festiwal Roberta Redforda w Sundance. Bo tam jest miejsce dla tak fermentującego, niekomercyjnego kina jak polskie. To co się teraz dzieje w polskim filmie przypomina mi rewolucję lat 1980-81 w muzyce, kiedy po latach stagnacji, po latach Ireny Jarockiej, Urszuli Sipińskiej czy Krzysztofa Krawczyka nagle huknęło i pojawił się Perfect, Maanam, Republika, TSA czy Martyna Jakubowicz. Nie mam nic przeciwko tamtym muzykom. Oni są fajni. Tyle, że wtedy już śpiewali od dwudziestu lat. A potem wszystko wywróciło się do góry nogami i już nie wróciło stare. Taką rewolucję widziałem na tym filmowym festiwalu. Przecież połowę filmów zrobili debiutanci. W kinie też jest miejsce dla starych repów. Tylko oni muszą sobie znaleźć formułę. Coppola i wielu innych kręcą filmy do dzisiaj. Choć to stare dziady. Już nawet Tarantino zaczyna się starzeć. I czuć na plecach nową falę. Tak powinno być. Bo tylko świeża krew napędza sztukę.

Wiadomości Koszalin, Wydarzenia Koszalin

Komentarze (4)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

renia (gość)

poziom kina polskiego to wielka żenada reż.pijak-nędzni aktorzy tez alkoholicy a nowy artystów nie widać -fabuła filmów żenująca nieudolnie pobielanie od USA -nasza kultura jak na filmach NIEUDOLNI ALKOHOLICY ,BANDZIORY A RODZICE TO WIELKA FIRMA PROSTYTUUJĄC SIĘ -pobielane przez patogen

Anita (gość)

Kto ma internet albo tv od MAXNET W GDYNI ?
Razem załapiemy się na promocję
Dajcie znać v12benz@gmail.com

pooll (gość)

Panie,który skomentowałeś artykuł-wstydu oszczędź.Hołdys jest ikoną polskiej muzyki,prawdziwej muzyki,której w naszym kraju zdecydowanie brakuje,no ale jak ktoś słucha Dody-osobnika,który "puchnie od botoksu a silikon wypływa jej z mózgu no to nie dziwmy się,że kult piękna dotarł do zapyziałej wiochy-Polski.Mieszkam w Warsaw,jednak pochodzę ze Sławna,jestem z tego dumna,jednak mimo,iż rozumu mi nie brakuje nawet z racji wykonywanego zawodu-jestem prawnikiem,to widzę,że jak ktoś wygląda gorzej niż "męska prostytutka"jest nikim.Wszystkie pseudo gwiazdy widzę na co dzień,nic szczególnego-właśnie jak Pan Hołdys bez makijażu-ale ten człowiek ma talent,jest kultowy.

m (gość)

Wciskasz się chlopie złoty wszędzie. Spójrz w lustro, żebyś choć ładny był. Kończ.....