Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Wystarczy wpisać hasło w internetową wyszukiwarkę. Na przykład "morska przygoda dorszowa". W rezultacie otrzymujemy setki anonsów. Całodniowa wyprawa to koszt na ogół 120/150 złotych od osoby. Sama technika łowienia dorszy na wędkę nie jest skomplikowana. Tutaj ma się w ręce mocne wędzisko zaopatrzone na końcu żyłki w tak zwanego pilkera imitującego rybkę. Rzut i skokowe wyciąganie przynęty z morza. Ludzie organizujący takie połowy to najczęściej rybacy doskonale znający Bałtyk. Kutry wyposażone są w przyrządy pokazujące ławice ryb. Niby wszystko pięknie, a jednak w ubiegłą niedzielę na wysokości około 10 mil na północny zachód od Darłowa coś zawiodło.

- O godzinie 6 rano w naszym porcie wre jak w ulu. W morze na dorsze wychodzi jednostka za jednostką - opisuje Stanisław Gajewski, emeryt z Darłowa. - Panie, to zgroza!
Co ma na myśli? To, że niektóre łódki są bardzo małe. On by na taką nie wsiadł za żadne skarby. Jego znajomy - przedstawia się jako emerytowany szyper, z imienia i nazwiska nie chce się wypowiedzieć - twierdząco potakuje głową. Obaj stoją przy bosmanacie w darłowskim porcie wraz z grupą gapiów i oczekują na rozwój wydarzeń. Przy kanale portowym już czeka karetka pogotowia oraz policyjny radiowóz. W powietrzu - mimo że łagodnie przygrzewa wrześniowe słonko - czuć napięcie i nerwy. Zebrani już wiedzą, że wydarzyło się nieszczęście.
- Tajemnicą poliszynela jest, że są małe łodzie, które potrafią wypłynąć w morze nawet na odległość 25 kilometrów od lądu - mówi Krzysztof Kostrzewa z darłowskiego kutra "North Star", który ma długość 27 metrów. - Taka nierozwaga to wręcz samobójstwo.
Do takich właśnie małych łodzi zaliczał się niespełna 7,5-metrowy jacht motorowy "Mariola", który kilka godzin wcześniej z tego właśnie portu wyruszył na morze. Był to jego - w pewnym sensie - dziewiczy rejs. Wcześniej ta jednostka pływała wyłącznie na jeziorach. Jej właściciel, 57-letni szyper, legitymuje się wieloletnim doświadczeniem w pływaniu na kutrach rybackich oraz patentem sternika motorowodnego. Oprócz sześciu wędkarzy, w pierwszy morski rejs "Marioli" zabrał żonę i córkę.
- Znaliśmy się z poprzednich wypadów na dorsze - mówi jeden z uczestników tej feralnej wyprawy, Stanisław Zabłocki z Miastka.
Umówili się wcześnie rano. Pogoda była wymarzona - słaby wiaterek, a morska tafla lekko pomarszczona falami. Początkowo wszystko było jak zazwyczaj. Dopłynęli na łowisko, zarzucili wędziska uzbrojone w pilkery i czekali na dorsze. Ryby tego dnia nie brały szczególnie, ale wędkarze są uodpornieni na takie ich kaprysy. Więc specjalnie się tym nie przejmowali. Każdy robił swoje. Od czasu do czasu sypnęli żartem. W pewnym momencie żona szypra zeszła pod pokład.

Chciała odpocząć.

O godzinie 11 szyper dostrzegł na przyrządach ławicę dorszy. Wykonał skręt łodzią. W tym momencie zauważył, że część rufy z prawego boku nabrała wody. Chwilę później jednostka stanęła pionowo - dziobem w górę, a rufą w dół. Osiem osób z pokładu wpadło do morza. Tymczasem "Mariola" znów opadła na powierzchnię wody, ale już do góry dnem. Przez chwilę utrzymywała się w tej pozycji, po czym błyskawicznie zniknęła w odmętach Bałtyku.
Jak wynika z relacji świadków, szyper próbował nurkować po żonę uwięzioną wewnątrz łodzi. Bezskutecznie.
- Córka właściciela krzyczała, że nie umie pływać - wspomina Stanisław Zabłocki. - Mnie przed oczyma stanęło całe życie. Nie chciałem umierać. Chciałem żyć. Dla żony, czwórki dzieci, dla przyjaciół.
Desperacko się utrzymywał na powierzchni morza. Tamte chwile były dla niego wiecznością. Nie jest w stanie powiedzieć, jak długo trwało, nim przyszedł ratunek. Machinalnie chwycił koło ratunkowe rzucone z kutra, który przypłynął. Szybkie przyciągnięcie linki uwiązanej do koła i już był przy burcie. Czyjeś ręce wciągnęły go na pokład. Niewiele do niego docierało poza tym, że żyje i nic mu nie jest. Boże, dzięki Ci - pomyślał.
Pomoc zjawiła się tak szybko, bo w tamtym rejonie było dużo łodzi, z których zauważono tragedię "Marioli".
- My wyłowiliśmy czterech rozbitków. Inne jednostki pozostałych - mówi Eugeniusz Leszczyński, kapitan kutra "Alisia" z Darłowa, który tego ranka także się wybrał z innymi wędkarzami na połów.
Ósemka rozbitków była bezpieczna. Tymczasem ruszyła szeroko zakrojona akcja ratunkowa. Włączyły się do niej Marynarka Wojenna, Straż Graniczna, SAR, Urząd Morski w Słupsku, pogotowie ratunkowe, policja. Niestety, żony szypra nie udało się odnaleźć. Choć oficjalnie jest uznana za zaginioną, wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że z minuty na minutę, z godziny na godzinę maleją jej szanse na przeżycie.
Ocaleni wędkarze zostali pozbierani z kutrów przez jednostkę ratowniczą SAR - "Tajfun" z Gdyni. Tak się zakończyła ich męska przygoda z morzem, która zmieniła się w dramat.

Suchą nogą na lądzie

"Tajfun" dobija do nabrzeża przy darłowskim bosmanacie. Czeka na niego karetka pogotowia i policja. Na pokład jednostki wchodzi lekarz. Stwierdza, że nikomu nic nie grozi. Zapada decyzja, aby rozbitków przewieźć kilkaset metrów w dół kanału portowego, do siedziby SAR. Gapie, którzy wszystkiemu się przypatrywali, są zawiedzieni. Trzy minuty później rozbitkowie stoją suchą nogą na lądzie. Są wystraszeni, zszokowani. Szyper jest blady… On nie ma nadziei w oczach. Idzie do karetki pogotowia, gdzie jak każdy z uczestników wyprawy, zostaje poddany "badaniu" alkomatem na zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu. Nikt nic nie pił. Wszyscy są trzeźwi.
W siedzibie SAR rozbitkowie, z Mirosławem Krajewskim, wicedyrektorem Urzędu Morskiego w Słupsku i z ogromnym ładunkiem emocji, opisują przebieg dramatu. Chcą to wreszcie z siebie wyrzucić. To dopiero początek. Następnie do późna w nocy przesłuchuje ich policja. Wszyscy mówią, że nie ma szans, aby zaginiona 43-latka przeżyła. Nikt się nie spodziewał takiego dramatu. Nikt nie wie, co było jego przyczyną. Błąd ludzki czy defekt maszyny? Pewne jest, że silnik do końca pracował.
- Przyjechał po mnie brat - mówi Stanisław Zabłocki. - Wycałował mnie i wyściskał.
Tak samo było w domu. Żona zabroniła mu wypadów wędkarskich na morze. Zresztą on sam po tym wszystkim mówi, że ma ich dość. Być może kiedyś wejdzie na łódź, ale na pewno nie nastąpi to prędko. Chętnie o wszystkim opowiada. To pomaga. Bardzo chce zrozumieć, co zawiniło.
Inni uczestnicy katastrofy różnie reagują.
- Mąż nie będzie udzielał żadnych wywiadów - usłyszałem, gdy próbowałem się skontaktować z kolejnym uczestnikiem wyprawy.

Krucha granica

Prokuratura Rejonowa w Koszalinie wszczęła postępowanie mające wyjaśnić okoliczności katastrofy na morzu. Sprawą zajmują się także Urząd Morski w Słupsku i Izba Morska w Szczecinie.
Wędkarze wrócili do swojej codzienności. Natomiast właściciel zatopionej łodzi w miniony poniedziałek wspólnie z kolegami z Darłowa zorganizował ekspedycję z udziałem kilku kutrów i płetwonurków. Szukali zaginionej 43-latki i jachtu, w którym miała zginąć. Spenetrowali obszar ostatniej oznaczonej pozycji na mapie "Marioli". Nic nie znaleźli. Przypuszczają, że jacht mógł zdryfować w inne miejsce. Jedna z wersji zdarzeń zakłada, że w jednostce mogła się wytworzyć tzw. poduszka powietrzna i przez to nawet nie dotknęła ona dna, a prądy morskie zniosły ją w inne miejsce. Aktualnie akcja poszukiwawcza, ze względu na sztormową pogodę, która ma się utrzymać do końca tygodnia, została przerwana. Ma być wznowiona za kilka dni, gdy się morze uspokoi. Bałtyk pokazał ludziom, że to nie oni na nim rządzą. Czy morze odda jacht i ciało? Czas pokaże. Pewne jest, że niepostrzeżenie z akcji ratunkowej - mówiąc potocznie - wyszła poszukiwawcza. Jakże krucha jest ta granica. W darłowskim porcie znajduje się pomnik poświęcony tym, co nie wrócili z morza. Przypomina, że w obcowanie z morzem jest i zawsze było wpisane ryzyko. Stara i niestety, bardzo brutalna prawda. Do chwili zamknięcia tego wydania ciała kobiety ani jachtu nie odnaleziono.

Najbliższy weekend w porcie

Na stronach internetowych czytamy stare wpisy.
- Jaką wędkę wybrać? - jedno z tysięcy pytań. - Czy mój kołowrotek będzie dobry?
- Czy ten kuter z Darłowa jest dobry na połowy? - kolejne pytania. - Czy jego właściciel jest obeznany z morzem? Jakie są na tej jednostce wyniki połowowe?
Tak bez końca, aż do znudzenia. Obok wyczerpujące odpowiedzi. To wędkarze dorszowi wymieniają się wzajemnie informacjami. Nie brak tu także tych zawiedzionych. Oto jak jeden z nich wylewa swój żal na jednym z popularnych forów internetowych.
- Ryby brały tak słabo, że się zniechęciłem. Przysiadłem przy sterówce i wsłuchiwałem się w rozmowy przez radio - pisze. - Już zaczynało mnie to też nudzić. Nagle usłyszałem, że kapitan innego kutra mówi: turyści łykną wszystko. Nawet to że dziś nie ma dużo dorszy i łapią się same "bolki". Cieszą się z nich jak dzieci. He, he, he… A my zarabiamy pieniążki.

Wędkarz napisał, że się poczuł oszukany. Marzył o wielkich dorszach, a tu łapie same małe - określane w nomenklaturze wędkarskiej bolkami.
Jednak ani przewaga "bolków" nad prawdziwym dorszem, ani tragedia "Marioli" nie odstraszają amatorów morskiego wędkowania. Armatorzy twierdzą, że gdyby nie sztorm, w najbliższy weekend mieliby ręce pełne roboty.



Wiadomości Koszalin, Wydarzenia Koszalin

Komentarze (2)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

wędkarz (gość)

Łowiłem dorsze na morzu norweskim na łodzi z silnikiem przyczepnym 50 km.łódż blaszana o długości 5,5 m. Lowiło nas 4 osoby. Łapały sie piękne duże dorsze. Dla tego uważam ,że jacht motorowy o dł 7 m wcale nie jest łupinka na bałtyk. Przyczyną tragiedii jak widać z opisu nie był sztorm tylko jakaś inna przyczyna , która spowodowała błyskawiczne zatonięcie jachtu. Prawdopodobnie przyczyna zatonięcia była jakas wada konstrukcyjno-montazowa jachtu i wielkośc tu nie mała znaczenia

Anita (gość)

Kto ma internet albo tv od MAXNET W GDYNI ?
Razem załapiemy się na promocję
Dajcie znać v12benz@gmail.com